Work Text:
Listonosz to zawód z misją, mówili. Będą cię szanować, mówili.
Rzeczywistość?
Miasteczko na końcu świata, choć mniej niż dwie godziny jazdy od stolicy. Liczba odbiorców „zbyt niska”, żeby się opłacało urządzać postój pociągu. A że pieniądz rządzi światem, „jedyne” rozwiązanie, jakie przyszło do głowy rządzącym, to postawienie na stacjach skomplikowanych konstrukcji, dzięki którym można odbierać i wydawać pocztę bez zatrzymywania składu.
Oszczędność czasu, a więc i pieniędzy. Zupełnie bezosobowa wymiana przesyłek. On, listonosz, sam w tym wszystkim, jako bezimienne narzędzie do doręczania.
Jesse pojawił się na stacji punktualnie jak w zegarku i, tak jak każdego dnia, mruknął gniewnie na powitanie znajomego mechanizmu, którego istnienie obdzierało go z ludzkiej godności. Był jednak porządnym listonoszem i sumiennie zabrał się do wykonywania swoich obowiązków.
Zgodnie z procedurą rozłożył konstrukcję siatki, przypominającą malutką zagrodę przylegającą do samych torów. Siatka służyła do przechwytywania worków z przesyłkami, wywieszanych z wagonu pocztowego przez jego kolegów po fachu. Kolegów, z którymi nie dane mu będzie zamienić choćby słowa. Będzie miał szczęście, jeśli uda mu się chociaż zobaczyć ich twarze w oknach szybko mijającego go pociągu.
Drewniana rama była solidna, ale zawiasy trochę ciężko chodziły. Pewnie zaszkodziła im wczorajsza nawałnica. Będzie musiał pamiętać, żeby je nasmarować.
Drugim elementem systemu były słupy do korespondencji wychodzącej. Jesse wspiął się po schodkach na podest, dźwigając dwa worki z listami, i jeden po drugim zawiesił je na hakach.
Zasada działania wędrującego urzędu pocztowego była dość prosta, acz efekt bywał widowiskowy: siatka i wieszaki z listami po stronie stacji, podoba siatka i wieszaki z listami na boku wagonu pocztowego. Pociąg przejeżdżając przy pełnej prędkości zrywał worki wystawione na podeście i równocześnie zrzucał do stacyjnej siatki worki z listami przychodzącymi.
Bezobsługowa wymiana poczty. Bez rozmowy, bez spotkania. Czysta funkcyjność.
Jesse zniesmaczony sprawdził zegarek. Zgodnie z rozkładem pociąg powinien już się pojawić. Listonosz wytężył słuch i w oddali rozpoznał znajome, rytmiczne buchanie pary z komina parowozu. Ewidentnie pociąg jechał wolniej, niż zwykle. Pewnie tylko po to, żeby mu zrobić na złość.
Z założonymi rękami doręczyciel czekał na pojawienie się pociągu. Mógł nie przepadać za mechanizmem wymiany poczty w biegu, ale mimo wszystko przyjemnie się oglądało go w akcji.
Zastanawiał się tylko, dlaczego pociąg tak bardzo zwolnił.
Parę minut wcześniej, kilka kilometrów przed stacją, dwóch maszynistów obsługujących lokomotywę zabrało się do wykonywania nietypowych dla siebie zadań.
Młodszy z nich, nowy w tej pracy, został poproszony o poprowadzenie pociągu w pojedynkę, czego nigdy do tej pory nie robił. Przerażony ciężarem odpowiedzialności recytował z pamięci dla uspokojenia podręcznik obsługi maszyny parowej, zwłaszcza, nie wiedzieć czemu, część dotyczącą smoczków parowych.
Jego starszy kolega również miał trudność z zachowaniem zimnej krwi. Właśnie opuszczał przyjemnie ciepłą kabinę, żeby wspiąć się na bęben lokomotywy i usunąć z niego ciężkie gałęzie, które całkiem zasłaniały im widok. Nie było bezpiecznie prowadzić pociąg, nie widząc, co jest przed nim. Nie było również bezpiecznie wspinać się na wypełniony gorącą parą stalowy walec przy pełnej prędkości maszyny, ale nieplanowe zatrzymanie się na krętym torze w miejscu, gdzie nie było żadnej mijanki stwarzało realne zagrożenie katastrofy w ruchu kolejowym i absolutnie nie wchodziło w grę.
Starszy inżynier wziął głęboki oddech, ostatni raz poprawił rękawy koszuli, która była jego jedyną ochroną przed poparzeniem, i wszedł na belkę po boku bębna parowego. Ostrożnie przesuwał się w stronę przodu pojazdu, aż znalazł się dość blisko gałęzi, żeby ją złapać.
Szarpnął, ale nic się nie stało. Szarpnął mocniej, ale gałąź nawet nie drgnęła. Maszynista zaklął cicho. Kiedy złamany przez wichurę konar lądował na lokomotywie, wyglądało to tak lekko, ale jak próbować go usunąć, to nagle wymaga to nieludzkiego wysiłku.
Maszyna zatrzęsła się nagle i inżynier chwycił mocno za uchwyt na lokomotywie. Musieli dojeżdżać w okolicę najbardziej dotkniętą wczorajszą burzą i na torach z pewnością leżało mnóstwo gałęzi. Maszynista dobrze znał tę okolicę, właśnie zaczynał się w miarę prosty odcinek, na którym będą mijać jakąś stację. Postanowił podjąć ryzyko i złapał niechcianą gałąź oburącz, szarpiąc z całych sił.
Wtedy wydarzyły się trzy rzeczy na raz.
Po pierwsze, gałąź zaczęła odpuszczać i inżynier z zadowolenia stracił nieco czujność.
Po drugie, gwizdek parowy odezwał się nagle przeraźliwie głośno przy samym uchu mężczyzny, ponieważ młodszy z inżynierów pilnie przestrzegając wszystkich procedur postanowił zasygnalizować pojawienie się pociągu w pobliżu przejazdu kolejowego.
Po trzecie, ledwo słyszalny przez przeciągły gwizd, gdzieś nad przodem lokomotywy dał się słyszeć głośny trzask łamanego drewna i wprost na maszynistę zaczęła spadać kolejna złamana gałąź, dość ciężka, żeby zrobić krzywdę.
Inżynier niewiele myśląc pociągnął gałąź, którą wciąż trzymał, jak gdyby chciał się nią zasłonić. Ta, rzecz jasna, w tym jakże niedogodnym momencie wreszcie puściła i dała się zsunąć z grzbietu maszyny, przez co mężczyzna całkiem stracił równowagę.
Czekającemu na stacji Jessemu ukazało się zupełnie niespodziewane widowisko. Oto ze spóźnionego pociągu spadła ogromna gałąź i wpadła centralnie na stojak z workami, strącając je oba na ziemię. Równocześnie z pociągu spadł również jakiś chłop i trafił prosto do stacyjnej siatki na pocztę. Chyba nic mu nie było, bo zdezorientowany szybko wstał na nogi i zaczął się rozglądać dookoła.
Wtedy właśnie mijał go wagon pocztowy. W ostatniej chwili zauważył nadciągający w jego stronę wór listów i przerażony odepchnął go od siebie. Nie spodziewał się jednak drugiego worka zaraz za pierwszym i, oberwawszy nim mocno w głowę, zachwiał się na nogach i upadł bezwładnie do siatki.
Listonosz nie mógł uwierzyć, co właśnie zaszło. Oba worki poczty wychodzącej strącone na ziemię zanim mogły być odebrane, niedostarczone. Oba worki poczty przychodzącej cofnięte uderzeniem z powrotem do wagonu zanim przechwycił je mechanizm, niedostarczone. Do tego trup w siatce. No po prostu ekstra.
Gdy ostatni wagon opuszczał stację, Jesse wreszcie otrząsnął się z odrętwienia i, z gotowym planem w głowie, spojrzał w stronę strąconych worków. Miał zamiar zapakować je z powrotem do skrzyni swojego trójkołowego roweru i ruszyć w pościg za pociągiem, na wypadek, gdyby jego koledzy postanowili jednak wyrzucić pocztę przychodzącą na pobocze. W takiej sytuacji to on byłby odpowiedzialny za te listy, więc musiał się upewnić, że nic nie trafiło do lasu.
A że pociąg jechał pomału, to być może dałby radę go dogonić na rowerze i nawet przekazać listy do wysyłki... Tak, odkręcenie tej sytuacji było wciąż całkiem możliwe.
W pierwszej kolejności musiał jednak zająć się tym trupem.
Listonosz obrócił się w stronę siatki, żeby przyjrzeć się poszkodowanemu, i natychmiast wrzasnął, bo oto „trup” stał tuż przed nim, wskazując na niego oskarżająco.
– Mój pociąg... – jęknął niedoszły nieboszczyk i Jesse zrozumiał, że nie wskazywał na niego, tylko na oddalającą się maszynę. Typ był bardziej wytrzymały, niż się na pierwszy rzut oka zdawało.
Nieco uspokojony listonosz zaczął ładować porzucone worki do kufra, równocześnie tłumacząc swój plan towarzyszowi:
– Widzę, że panu lepiej. Proszę tu na mnie poczekać, spróbuję dogonić pociąg, a potem wrócę i pomyślimy, co dalej z panem zrobić.
Złapał za kierownicę, gotowy ruszać, ale w tym samym momencie maszynista chwycił za przód trójkołowca, siłą przytrzymując go w miejscu.
– Proszę pożyczyć mi rower – jęknął cicho.
– Nie ma takiej opcji! – Listonosz był bliski rozpaczy, świadomy, że z każdą sekundą pociąg się oddalał. – Dostarczenie poczty na czas jest moim priorytetem. Nie może pan poczekać na następne połączenie?
Maszynista był nieustępliwy. – Jeśli nie wrócę szybko do kabiny, lokomotywa może wybuchnąć! Żadna poczta nie będzie dostarczana w tej okolicy przez wiele tygodni, jak szyny się zniszczą!
Jesse zamknął oczy dla skupienia. Miał bardzo mało czasu na podjęcie decyzji. Nie mógł pozwolić, żeby tory uległy zniszczeniu. Nie mógł też oddać roweru nieznajomemu, bo bez niego nie byłby w stanie nawet odnieść swoich dwóch worków z powrotem do urzędu w miasteczku. Pozostała mu tylko jedna opcja: będą musieli jechać razem.
Listonosz spojrzał ponownie na wyczekującą twarz maszynisty i pomiędzy mnóstwem scenariuszy w jego głowie błysnęła dziwna satysfakcja: jak by nie patrzeć, to jest właśnie to spotkanie, którego mu tak bardzo w tej pracy brakowało. Kiwnął głową i oznajmił:
– Dobrze, pojedziemy razem. Ale to pan pedałuje.
Maszynista błyskawicznie zajął miejsce na siodełku i w tym momencie Jesse zorientował się, że jego rower jest jednoosobowy.
– Proszę wejść do kufra, nie ma czasu do stracenia! – poganiał go maszynista. Listonosz szybko wskoczył między worki i improwizowana riksza ruszyła w szaleńczy pościg za pociągiem.
Przez jakiś czas Jesse uważnie obserwował ziemię, ale wyglądało na to, że jego koledzy jednak nie wyrzucili listów z wagonu pocztowego. Możliwe, że nawet go nie zauważyli i pomyśleli, że nie przyszedł dziś do pracy. Co za wstyd.
Po niedługim czasie dotarło do niego, w jak absurdalnej sytuacji się znalazł. Doganiali pomału pociąg, było go już słychać, a że obaj trochę się dzięki temu uspokoili, listonosz postanowił wypytać maszynistę o całą sytuację.
– Jak to się w ogóle stało, że pan wypadł z pociągu? I dlaczego pociąg dalej jedzie?
– Musiałem wyjść, żeby usunąć gałęzie z lokomotywy. Nic przez nie nie było widać. A w kabinie został mój kolega, jeszcze nigdy nie zatrzymywał pociągu i na pewno za bardzo się boi, żeby to teraz zrobić, o ile w ogóle wie, jak się do tego zabrać.
– Czy to przez niego pociąg tak zwolnił?
– Tak jest bezpieczniej. Zwłaszcza przy niedoświadczonym maszyniście.
Jesse nie bardzo mógł sobie wyobrazić, jak pomysł z wychodzeniem na lokomotywę mógł wydawać się komuś dobrym rozwiązaniem. Z drugiej strony, to on sam był gotowy ścigać pociąg rowerem.
Pomiędzy drzewami mogli już dostrzec ostatni wagon składu, wyłącznie dzięki niezwykłej krzepie maszynisty, który uparcie pedałował naprzód. Jesse sam by nie dał rady utrzymać takiego tempa wystarczająco długo. Teraz, widząc, z jaką prędkością poruszał się pociąg, zrozumiał, że nie miał szans dogonić wagonu pocztowego, nawet, gdyby zaczął pościg już tutaj.
Znaleźli się na wysokości ostatniego wagonu, ale maszynista ciągle brnął przed siebie.
– Nie spróbuje pan wskoczyć na pokład? – zdziwił się listonosz. Jego kierowca potrząsnął głową i, nie patrząc na niego, wysapał:
– Ma pan spóźnioną pocztę. Z mojej winy. Najpierw tym się zajmiemy.
Jesse zaczął protestować, ale maszynista tylko potrząsał głową. W końcu spojrzał na listonosza, a nieustępliwość w jego oczach uciszyła i uspokoiła Jessego. Zrozumiał, że musi opuścić, że może pozwolić temu nieznajomemu zająć się wszystkim, ten jeden raz zapomnieć o swoim planie i oddać inicjatywę komuś innemu.
Dogonili w końcu wagon pocztowy. Jesse zabębnił głośno w drzwi i z uśmiechem jak gdyby nigdy nic przywitał pocztowców, którzy wyjrzeli zdezorientowani przez okno. Chociaż ze względu na pośpiech maszynisty wymiana poczty potrwała ledwie chwilę, Jesse poczuł ogromną satysfakcję nie tylko dzięki możliwości spotkania ze swoimi kolegami z pracy, ale też dzięki podszytemu niedowierzaniem podziwowi w ich oczach.
Do lokomotywy zostało im tylko kilka wagonów, a maszynista nie tracił pary. Moment rozstania nadchodził nieubłaganie, a Jesse nie chciał, żeby to spotkanie już się skończyło. Spojrzał na swojego kierowcę z wdzięcznością, a on odwzajemnił spojrzenie.
Obaj cieszyli się, że wszystko się udało, wbrew wszystkim przeciwnościom. Będą mieli o czym opowiadać.
Kiedy dogonili lokomotywę, maszynista sprawnie przeskoczył z trójkołowca do kabiny, gdzie jego kolega pomógł mu się wdrapać. Jesse skupił się na utrzymaniu równowagi na rowerze, a kiedy już udało mu się bezpiecznie zatrzymać, usłyszał nagle radosny gwizdek lokomotywy. W znikającym za zakrętem okienku lokomotywy zamigotała mu rękawica.
Jesse również pomachał na pożegnanie, żegnając nowego przyjaciela.
