Work Text:
Kończył się właśnie czterdziesty siódmy dzień od odłączenia Zosi, gdy pocałowały się po raz pierwszy. Zosia tego nie planowała. Nie chciała naruszać tego kruchego porozumienia, które się pomiędzy nimi zawiązało, lecz gdy Carol spojrzała na nią z tą desperacką potrzebą i smutkiem... Gdy Zosia nachyliła się do niej i musnęła jej wargi swoimi, wydawało się, że to dokładnie to, co powinna była zrobić.
Nie wiedziała, czy był to jej odruch, czy może odruch odbicia Helen, które nawiedzało jej głowę pod postacią wspomnień. Chwilami dochodziła do wniosku, że Helen wiedziałaby co zrobić, bo przecież umiała dobrać słowa i gesty, umiała pocieszyć ich ukochaną. Zosia czasem jej tego zazdrościła.
Helen poznała Carol, gdy miała dwadzieścia dziewięć lat. Spotkała rok młodszą od siebie Carol na wieczorku literackim organizowanym przez jej przyjaciela, Jasona i zakochała się od pierwszego wejrzenia. Nigdy nie zapomniała momentu, w którym Jason rzucił “A to jest Carol, poznaliśmy się w pracy.” i wskazał młodą kobietę wciśniętą w róg kanapy, wyraźnie starającą się udawać, że nie istnieje.
— Cześć. — Przywitała się wtedy Helen. — Jakie są szanse, że jesteś singielką i dasz się zaprosić na randkę?
Nigdy nie zapomniała również szoku na twarzy swojej przyszłej żony, gdy ta usłyszała jej słowa.
Tydzień później poszły na randkę. Przesiedziały w restauracji długie godziny, rozmawiając nad dawno opróżnionymi talerzami. Gdy w końcu z niej wyszły, chodziły po mieście trzymając się za ręce przez następną godzinę, aż Helen odprowadziła Carol pod drzwi jej mieszkania.
— Wejdziesz? — Zapytała Carol, w tym samym momencie, w którym Helen zaczęła mówić:
— Świetnie się dziś bawiłam- Och. — Uśmiechnęła się. — Cóż, chyba mogę na chwilkę wpaść.
Została całą noc.
Zamieszkały razem cztery miesiące później. Helen wprowadziła się do ciasnego mieszkanka Carol. W wysokim budynku na pograniczu Queens i Manhattanu czuły się jak władczynie świata. Lubiły siedzieć na balkonie i obserwować masy ludzi przemykających po ulicach pod nimi, ludzi, którzy zawsze się gdzieś spieszyli, którzy pojawiali się i znikali. Carol często wystawiała nogi za barierki i machała nimi nad głowami przechodzących Nowojorczyków. Nikt nigdy nie patrzył w górę.
To Helen pierwsza powiedziała “Kocham cię”. Były wtedy w łóżku, obie wykończone po ciężkim dniu pracy. Carol czytała książkę, a Helen leżała z półprzymkniętymi oczami. Obróciła głowę i spojrzała na ukochaną, która marszczyła brwi w skupieniu, analizując przeczytaną treść. Carol podniosła oczy znad książki, a Helen posłała jej uśmiech.
— Hm? — Pytająco wymruczała ukochana.
— Nie, nic. — Odparła Helen, a Carol wróciła spojrzeniem do książki.
Na chwilę zapadła cisza.
— Kocham cię.
Na twarzy Carol przez chwilę mignął szok, ale po sekundzie odwróciła twarz z powrotem do partnerki i odparła:
— Ja ciebie też.
W brzuchu Helen zatrzepotały motyle.
Oświadczyła się trzy lata później. Były na weekendowym wypadzie w góry, a Carol narzekała na odległość, którą musiały przejść, by dostać się na szczyt, gdy Helen uklękła przed nią i wyciągnęła pierścionek. Jej ukochana szybko się wtedy rozejrzała i rzuciła się jej na szyję.
— Tak, tak, tak, po stokroć tak! — Wykrzyknęła. — Kocham cię, Helen.
Pobrały się w kwietniu. Wzięły ślub urzędowy, na krótką ceremonię i wesele zaprosiły tylko kilku znajomych i rodzinę Helen. Było idealnie.
Po pewnym czasie Carol zaczęła pracę nad pierwszym tomem swojej powieści, Wycaro. Siadała przed komputerem i godzinami stukała w klawiaturę, powoli zapełniając dokument w Wordzie kolejnymi zdaniami. Helen musiała odrywać ją od pisania i przypominać jej o jedzeniu. Kręciła głową nad Carol, która zbywała ją machnięciami ręki i okrzykami w stylu:
— Nie teraz, Lucasia właśnie prowadzi abordaż!
Albo:
— Poczekaj, Raban właśnie przedstawia się Lucasii!
Helen przewracała oczami i stała nad ukochaną, aż ta wzdychając przerywała pisanie. Siedziały potem na ich ciasnym balkonie, a Carol mówiła i mówiła, głośno zastanawiając się co jeszcze powinno się pojawić w następnym rozdziale Wiatrów Wycaro, dopóki Helen nie zamykała jej ust pocałunkami. Potem siedziały przytulone, aż Carol nie przychodziła do głowy bardzo ważna rzecz, którą trzeba było natychmiast zapisać i uciekała z balkonu, na nowo zaszywając się przed komputerem. Cud, że pamiętała, by chodzić do pracy, chociaż to też mogła być zasługa Helen.
Dla nich obu ten balkon był miejscem, gdzie nic nie mogło pójść nie tak. Najspokojniejsze miejsce na świecie, w samym sercu najbardziej nerwowego miasta na świecie. Ich mały azyl.
Dlatego, gdy Carol skończyła pisanie Wiatrów Wycaro, a Helen ujrzała na jej twarzy zmartwienie, wzięła ukochaną za rękę i usiadły obok siebie, a Carol wystawiła nogi za barierki.
— Zamienię Raban w mężczyznę. — Wyszeptała.
Helen przez chwilę nie odpowiedziała, analizowała jej słowa, tak jakby mogła nie zrozumieć ich znaczenia.
— Dlaczego? — Zapytała w końcu.
— Tak będzie bezpieczniej, zresztą, kto chciałby czytać o piratkach lesbijkach, to takie... Żałosne.
Helen pokręciła głową. Mimo, że Wycaro nie było jej typem powieści, widziała w nim potencjał, była pewna, że na świecie znajdą się miliony, które zakochają się w tej książce. Poza tym widziała, jak wiele znaczy ona dla jej ukochanej.
— Carol! Ja chciałabym czytać o piratkach lesbijkach, o dwóch silnych kobietach, walczących o swoje uczucie mimo przeciwności losu, o dumnej Raban, o korsarce, która podbija serce dzielnej pani kapitan?! O Lucasii, kapitance statku Mercator, która wcale nie chce ulegać urokowi pięknej Raban?! — Zaśmiała się z niedowierzaniem. — Oczywiście, że znajdą się ludzie, którzy będą chcieli to przeczytać, zapewniam cię, że wydawnictwa będą się do ciebie dobijać!
— W zasadzie miałam nadzieję, że twoje wydawnictwo mogłoby wydać Wycaro... Zostałabyś moją menedżerką... — Carol z nadzieją wypisaną na twarzy rzuciła jej szybkie spojrzenie.
— Carol... Jasne, że zostanę twoją menedżerką, osobiście pogadam z Val, na pewno będzie chciała wydać Wycaro! Ale... Czy jesteś pewna? Raban powstała jako kobieta, Raban powinna być kobietą!
Carol spojrzała na nią smutno. Helen pokręciła głową.
— Jeśli tego właśnie chcesz.
Półtorej roku później, gdy Wiatry Wycaro odniosły olbrzymi sukces, a na ich konto wpłynęła tak samo olbrzymia ilość gotówki, zaczęły myśleć o przeprowadzce. Początkowo, Carol nalegała na pozostanie w Nowym Jorku. Kochała to miasto, mieszkanie w nim było jej dziecięcym marzeniem, jednak szybko przychyliła się do pomysłu Helen, by kupić dom. Wybrały osiedle typu cul-de-sac, w Albuquerque, w Nowym Meksyku. Przeprowadziły się praktycznie na drugi koniec kraju, a jednak coś w spojrzeniu Carol powiedziało Helen, że to był dobry wybór. Obie pokochały ten dom, gdy tylko go zobaczyły.
Obie pokochały też płaski dach budynku, na którym zaczęły spędzać godziny, tak samo jak przedtem na ciasnym balkoniku, w ich malutkim mieszkanku w Queens. Chociaż w Albuquerque nie mogły obserwować ludzi przemykających po ulicach wielkiego miasta, wreszcie widziały gwiazdy, świecące jasno nad pustkowiem.
— Jesteśmy prawie jak Lucasia i Raban. — Powiedziała Helen, gdy po raz pierwszy wspięły się na górę. — Tylko nasz piach nie jest purpurowy.
Carol parsknęła śmiechem:
— Wyobrażasz ich sobie jako podstarzałe małżeństwo z ogródkiem? Rabana podcinającego trawnik?
— Sugerujesz, że jesteśmy podstarzałym małżeństwem? — Helen z udawaną obrazą szturchnęła ją w bok.
— No wiesz, trzydzieści pięć lat to już pewien wiek...
— Wypraszam sobie! Czuję się na najwyżej dwadzieścia cztery!
Carol rzuciła jej wtedy takie spojrzenie, że gdyby Helen stała, to chyba by upadła, tak zmiękły jej nogi. Obróciła się na bok i podparła na ręce, po czym pochyliła się nad Carol i złożyła na jej ustach głęboki pocałunek.
— Będę cię kochać, nawet gdy będziemy podstarzałym małżeństwem, całe pokryte zmarszczkami i plamami wątrobowymi. — Oznajmiła jej ukochana. — Kocham cię. Ponad wszystko. Jesteś miłością mojego życia.
— Ja ciebie też. — Wymruczała Helen i pochyliła się by pocałować ją ponownie.
Ich życie nie było idealne. Czasem się kłóciły, miały swoje ciche dni i konflikty, a jednak szły przez życie razem. Gdy Helen widziała, jak Carol zaczyna chować się w gabinecie, wpada w ciągi pisania Wycaro, tylko po to by potem usuwać całe strony tekstu, próbowała z nią rozmawiać i wspierać. Szybko zorientowała się, że jej żona zaczęła nienawidzić serii, która przyniosła jej sukces, nienawidzić swoich fanów i tajemnicy, jaką była oryginalna Raban, jaką była jej relacja z Helen. Chociaż próbowała, Carol tonęła w swoim smutku, w przerażeniu, że ktoś mógłby odkryć, kim była naprawdę. Szybko pojawił się alkohol, okrutne, wyniszczające uzależnienie z młodości, z którego wydawało się, że dawno wyszła. Gdy Helen wyciągała do niej dłoń, zostawała odtrącana. W ich aucie pojawił się alkolock.
Lecz nawet gdy było źle, gdy nie potrafiła wymyślić już ani jednego sposobu na pomoc ukochanej, wciąż pozostały im chwile na dachu. Nie rozmawiały, po prostu siedziały razem, trzymając się za ręce, obejmując się ciasno.
To była ich mała oaza spokoju, miejsce, gdzie pędzący świat nie miał znaczenia.
Miały siebie, a to było najważniejsze.
Właśnie dlatego, gdy Zosia pewnego wieczoru po raz kolejny znalazła Carol siedzącą nad grobem Helen z alkoholem jako jedynym towarzyszem, zdecydowała się zabrać ją na dach. Nie wiedziała czy nie postępuje źle, czy nie przekracza linii, której nie powinna przekraczać. Chciała jedynie pomóc.
— Zosiu? — Usłyszała, gdy Carol zorientowała się, dokąd ją prowadzi.
Uśmiechnęła się do niej ciepło i ścisnęła jej dłoń. Dopiero po chwili zorientowała się, że był to nawyk Helen, a z miny Carol wywnioskowała, że ukochana pomyślała o tym samym.
— Idziemy na dach. — Wyjaśniła. — Będziemy oglądać gwiazdy.
— Dlaczego?
Zosia przez chwilę milczała.
— Bo Helen by cię tam zabrała.
Przez twarz Carol przebiegła fala bólu. Zesztywniała.
— Zosiu...
Patrzyły na siebie w milczeniu, aż Carol wydała z siebie jęk frustracji. Odwróciła się tyłem do Zosi i skierowała się do wejścia na dach, po czym wspięła się na drabinkę, otworzyła klapę i spojrzała na drugą kobietę.
— Idziesz czy nie?
Zosia natychmiast do niej dołączyła. Wdrapała się na górę i usadowiła obok Carol. Usiadła po jej lewej stronie, miejscu, które zawsze zajmowała Helen. Siedziały w ciszy, wsłuchując się w odgłosy natury. Wydawało się, że gwiazdy świeciły jaśniej niż kiedykolwiek wcześniej, odcinając się od ciemniejącego nieba.
Carol objęła kolana ramionami, wpatrywała się w horyzont, jakby spodziewała się odczytać w nim odpowiedzi na dręczące ją pytania. Zosia zerknęła na nią ukradkiem, przyglądając się sposobowi, w jaki ukochana zaciskała palce na materiale spodni, w jaki jej ciało poruszało się, gdy oddychała.
— Ona zawsze tam siadała. — W końcu przemówiła.
— Wiem. — Zosia skinęła głową.
Znowu zamilkły.
— Mam jej wspomnienia, wiesz? — Dodała po chwili. — Każde wspomnienie, myśl, uczucie. Od momentu, gdy cię poznała, gdy zobaczyła cię na tym wieczorku literackim.
Carol wciąż wpatrywała się w horyzont.
— To popieprzone.
— Wiem. — Powtórzyła Zosia.
— Zajęłaś jej miejsce. — Stwierdziła sucho Carol. — Gdy oni cię przysłali, miałaś być jej zastępstwem. Byłaś jej zastępstwem. Ale byłaś też taka... inna. Nie zachowywałaś się jak ona, gdy cię o to poprosiłam.
Przerwała na chwilę i kontynuowała:
— A teraz, teraz jesteś jak ona. Ruszasz się jak ona, mówisz jak ona! Czasem rozmawiamy i myślę sobie, to są słowa Helen! Helen by to powiedziała! Zawsze taka byłaś? Przysłali mi idealną podróbkę mojej żony, która wygląda jak postać, którą stworzyłam?!
Zosia przełknęła ślinę.
— Nie próbuję jej zastąpić.
— Wiem.
Zapadła cisza.
— Nie powinnam na ciebie krzyczeć. — Carol potarła twarz dłonią. — Po prostu... Sama już nie wiem. Tak bardzo ją przypominasz.
— Przepraszam.
Carol obróciła głowę w jej stronę. Zosi pękało serce, gdy widziała uczucia malujące się na jej twarzy. Smutek, przerażenie i tęsknota. Pochyliła się lekko. Spojrzała drugiej kobiecie w oczy i dostrzegła w nich desperackie pragnienie. Pokonała odległość dzielącą ich usta. Jej wargi musnęły wargi Carol, najpierw lekko, zanim wpiła się w nie z całą siłą, jaka jej pozostała.
Carol odsunęła się gwałtownie, sprawiając, że Zosia odczuła déjà vu, wspominając pierwszy raz, gdy ich wargi się spotkały, moment, gdy była jeszcze częścią jedności.
— Tak bardzo za nią tęsknię. — Wyszeptała w jej usta ukochana, po czym oddała pocałunek.
Carol jęczała w jej usta, łapała szybkie oddechy, raz za razem, gdy ich wargi spotykały się ponownie. Jej dłonie odnalazły brzeg koszulki Zosi i wślizgnęły się pod jej spód. Odchyliła głowę, odsłaniając szyję w zaproszeniu, z którego jej partnerka natychmiast skorzystała, zasypując ją pocałunkami, zostawiając ślady, które miały widnieć na jej skórze przez najbliższe dni. Zosia popchnęła ją lekko na plecy i usiadła na niej okrakiem, wplotła palce we włosy i przyciągnęła Carol do siebie, by ponownie wpić się w jej wargi.
Po chwili, Carol odsunęła się od niej i z półprzymkniętymi oczami wyszeptała:
— Nie tutaj.
Zosia skinęła głową.
Carol pierwsza zeszła z dachu i nie obejrzała się ani razu. Zosia pozwoliła jej oddalić się te kilka kroków, zanim ruszyła za nią. Znała te pomieszczenia na pamięć, nie potrzebowała oświetlenia, gdy szły przez ciemny dom i perfekcyjnie omijała każdy mebel, wpatrzona w plecy ukochanej przed sobą.
Carol zatrzymała się przed łóżkiem w swojej sypialni, stała tyłem przez dwie sekundy, po czym odwróciła się do Zosi, która powoli podeszła i pogładziła jej policzek. Jej partnerka wtuliła twarz w długie palce.
Wyciągnęła głowę do przodu, a Zosia złożyła na jej wargach pocałunek. Tym razem lekki, ledwie muśnięcie.
Pod Carol załamały się nogi, usiadła na materacu, który odrobinę ugiął się pod jej ciężarem.
Zosia nie potrzebowała wiele czasu by do niej dołączyć.
Pocałunki, dotyk dłoni na ciele, tarcie skóry o skórę. Ciepło otaczające ją ze wszystkich stron, rozpływające się w jej wnętrzu. Okrzyki i westchnienia, które wydzierały z siebie nawzajem wypełniały pomieszczenie przez długie minuty i godziny, zanim wycieńczone opadły na pościel.
Zacisnęła dłoń na bawełnianym materiale poszewki, której wspólne wybieranie pamiętała.
Spojrzała na kobietę leżącą obok niej. Jej żona, która nie była jej żoną, leżała z zamkniętymi oczami, jej klatka piersiowa unosiła się i opadała, gdy oddychała.
Po policzku Zosi spłynęła łza. Kochała Carol. Kochała ją tak mocno, że to bolało. Wszystkie jej myśli, wszystkie uczucia, wszystko koncentrowało się wokół Carol.
Wiedziała, że to nie było normalne. Wiedziała, że nie powinna była jej całować, że nie powinna była przekraczać progu sypialni, która należała do Helen. Nie powinna leżeć teraz po jej stronie łóżka. Nie była Helen.
Ale nie czuła się też Zosią.
Zastanawiała się, co na jej temat powiedzieliby psychiatrzy. Czy nazwaliby jej stan chorobą psychiczną? Nową chorobą, nazwaną jej imieniem? Kazaliby jej brać kolorowe pigułki, aż zapomniałaby o wszystkim? Jednak psychiatrów już nie było. Wszyscy zostali wcieleni do jedności, która opanowała świat.
Leżała tak, w łóżku, które było jej równocześnie obce i znajome, wpatrując się w śpiącą ukochaną, aż sama zasnęła.
Gdy otworzyła oczy, ujrzała Carol wpatrującą się w nią z lekkim uśmiechem, przypatrującą się jej twarzy.
— Dzień dobry. — Usłyszała.
Przez chwilę, przez jej głowę przemknęła myśl zwątpienia. Czy popełniła błąd?
Nie. Pomyślała. Co im pozostało? Straciły wszystko, poza sobą. Miłość, którą dzieliły, była wypaczona, zbudowana na ruinach miłości, którą Carol dzieliła z Helen, była przekleństwem, ale wciąż była miłością.
Zosia również się uśmiechnęła.
— Cześć, Carol. — Powiedziała, po czym złożyła delikatny pocałunek na wargach drugiej kobiety.
