Chapter Text
Columba and Aquila
Dramione by Beforetherealbook
Tłumaczenie: Cravedka

~*~
Co będzie dalej?
Hermiona stała jak sparaliżowana, próbując pojąć to, co właśnie zobaczyła. Ciało jej najlepszego przyjaciela zostało rzucone na ziemię tuż przed nią i pozostałymi.
Bitwa trwała już od wielu godzin, aż w końcu Voldemort zarządził krótkie zawieszenie broni, by pogrzebać poległych i zwabić Harry'ego do Zakazanego Lasu.
Choć serce pękało jej na kawałki, Hermiona nie zatrzymała Wybrańca po tym, jak Severus Snape przekazał mu tamte ostatnie, sekretne wspomnienia. Nie wiedziała, co dokładnie zawierały, ale mogła się domyślać i odczuła jedynie łagodny cień zaskoczenia, że może wcale nie był zdrajcą, skoro powierzono mu taką prawdę. Ona i Ron pozwolili Harry'emu zajrzeć do myślodsiewni, podczas gdy sami udali się do Wielkiej Sali. Wmawiała sobie, że robi to po to, by opłakać Freda, Remusa, Tonks i wszystkich innych przyjaciół. Racjonalizowała to, powtarzając sobie, że Harry zawiadomi ich, gdy nadejdzie czas, że staną u jego boku, będą z nim do końca, nawet jeśli wynik był już przesądzony.
Okłamywała samą siebie.
Wiedziała, że odejdzie bez nich. Zawsze próbował ich zostawiać, a tym razem pozwoliła mu na to. Wiedziała, że tej nocy musi pójść do Voldemorta. Musi. Był to sekret, który zakopała głęboko w swoim sercu, gdy badała horkruksy i uczyła się rozpoznawać ich cechy. Nigdy nie wypowiedziała swoich przypuszczeń na głos ani razu. A jednak była to jedyna logiczna interpretacja przepowiedni. Jedyny powód, dla którego Harry potrafił robić to, co dla innych było nie do pomyślenia. Rozumiał mowę węzy, widział świat oczami Voldemorta, był w stanie zajrzeć w jego umysł. Nie był opętany, lecz związany. A podejrzenia Hermiony przerodziły się w pewność, gdy ta maleńka cząstka duszy ukryta w jego bliźnie zabiła złowrogim pulsem, kiedy po raz pierwszy patrzyła, jak dotyka medalionu.
Dusza Voldemorta rozpoznała samą siebie.
Hermiona przez wiele miesięcy zmagała się z wiedzą, że jej najlepszy przyjaciel będzie musiał umrzeć. Czasami celowo spowalniała ich poszukiwania horkruksów, nawet ze szkodą dla nich samych. Nie wierzyła, że Dolina Godryka przyniesie im jakiekolwiek odpowiedzi, ale gdy zaczęła godzić się z faktem, że Harry musi zginąć, zabrakło jej sił, by powstrzymać go przed odwiedzeniem grobów rodziców, choć ten jeden raz. Wymyśliła więc bzdurną opowieść o mieczu i Godryku Gryffindorze, aby złagodzić oczywiste wyrzuty sumienia Harry'ego dotyczące prawdziwych powodów, dla których chciał tam pójść.
Oczywiście, niemal doprowadziło to do katastrofy. Harry był wtedy o krok od śmierci, znacznie wcześniej, niż było to konieczne.
Przez siedem ostatnich miesięcy miotała się, raz pragnąc zatrzymać przyjaciela na tym świecie, choć odrobinę dłużej, a raz wiedząc, że im dłużej odwlekają nieuniknione, tym więcej osób zostanie skrzywdzonych i zabitych. Więc pomagała Harry'emu powoli zmierzać ku śmierci, jednocześnie starając się chronić go za wszelką cenę i niszcząc po drodze kolejne horkruksy. Robiła wystarczające postępy, by zagłuszyć własne poczucie winy z powodu przeciągającej się wojny. A jednocześnie uparcie tworzyła plany, zapasowe plany, plany awaryjne i jeszcze więcej planów... nie tylko po to, by ich chronić, lecz także, by podarować Harry'emu jeszcze kilka dni życia przed każdym nowym odkryciem. A potem ich włamanie do Gringotta wymknęło się spod kontroli i zdradziło Voldemortowi ich plany. Hermiona musiała więc zacząć działać.
Zawsze wiedziała, że to najszybsza droga do znalezienia horkruksów, ale Harry sam na to nie wpadł, więc nigdy mu tego nie zasugerowała. Żołądek zaciskał jej się boleśnie, ilekroć przypominała sobie bezimienne ciała padające wokół nich, gdy oni próbowali rozwiązywać zagadki w tradycyjny sposób, ale Harry był dla niej zbyt ważny, by ryzykować. Poza tym przez większość roku cała trójka tkwiła razem w namiocie. Zaskakująco łatwo było zapomnieć, że inni ludzie w tym czasie ginęli i byli torturowani, podczas gdy oni funkcjonowali w swojej odizolowanej bańce. Gringott jednak przyspieszył bieg wydarzeń, bo musieli zdążyć do ostatniej kryjówki przed Voldemortem. Harry wreszcie użył swojego połączenia i to zadziałało.
Oczywiście, że zadziałało.
A jednak nawet świadomość, że muszą odnaleźć artefakt należący do Roweny Ravenclaw, nie oznaczała, że Hermiona naprawdę chciała tego dnia zniszczyć zarówno jego, jak i puchar. Nie mogła przecież powiedzieć Ronowi, dlaczego tak bardzo nie chciała schodzić do Komnaty Tajemnic, gdy wokół szalała bitwa. Jakaś jej część uparcie trzymała się głupiej nadziei, że będą walczyć tylko na tyle długo, by unieszkodliwić kilku Śmierciożerców, zdobyć ostatniego horkruksa, a potem uciec tak, by jej najlepszy przyjaciel mógł pożyć, choć chwilę dłużej, zanim przyjdzie kolej także na niego.
Jednak Ron, jak zawsze trzeźwo myślący strateg, zauważył, że noszenie przy sobie żywego horkruksa to bardzo zły pomysł. Już raz to zrobili i tamto doświadczenie ich zbrukało. A jeśli to ich jedyna szansa? A jeśli wojnę można zakończyć właśnie teraz?
Więc oczywiście Hermiona się zgodziła. Sama użyła kła bazyliszka, by zniszczyć fragment duszy ukryty w pucharze, a niespełna godzinę później pieprzony Vincent Crabbe zniszczył za nich diadem, przy okazji o mało nie zabijając ich w Pokoju Życzeń.
Został już tylko wąż. I Hermiona zawsze wiedziała, że Nagini padnie w tej samej chwili co Harry. To oznaczało, że jej możliwość przeciągania polowania na horkruksy właśnie dobiegła końca.
Choć wiedziała, że ten moment nadejdzie, nie była przygotowana na to, by go zobaczyć. A ten przeklęty wąż wciąż żył, krążąc wokół Voldemorta. Z jej ust wydarł się zdławiony szloch, bo to Harry powinien być ostatni. Powinni byli znaleźć sposób, by najpierw zabić węża. On mógłby pożyć jeszcze kilka minut, kilka godzin, a może nawet jeden dzień dłużej, gdyby nie pozwoliła mu odejść.
A jednak pozwoliła mu na to, bo się bała. Pozwoliła, bo wiedziała, że jego koniec jest przesądzony, a jej nie. Nie poszła z nim tym razem, bo wierzyła, że Harry dopadnie też węża, a ona jedynie odciągnęłaby go od tego, co musiało się wydarzyć.
Tak sobie to tłumaczyła, choć być może i w tej kwestii kłamała. Może po prostu była samolubna.
Hermiona ledwo mogła oddychać, gdy martwe, zielone oczy Harry'ego patrzyły w pustkę. Po tym poznała, że naprawdę odszedł. Jego oczy nie były zamknięte. Nie mrugał. Był martwy. Martwy. A ona nie mogła już zrobić absolutnie nic.
Dopiero gdy poczucie duszności zaczęło ją ogarniać, świat jakby znów włączył dźwięk, a powietrze rozerwały krzyki wszystkich tych, którzy ujrzeli swojego bohatera tak złamanego.
Ron był tuż obok niej, wyjąc jak zranione zwierzę. Ten dźwięk przeszył Hermionę aż do rdzenia, sprawiając, że rozpaczliwie pragnęła, by ucichł. Ledwie zauważyła, że jego zawodzenie zaczęło cichnąć, gdy zaczął przeciskać się przez tłum, próbując dostać się bliżej Voldemorta.
— Ty sukinsynu! — wrzasnął. — Ty pieprzony sukinsynu!
Hermiona czuła, jak ogarnia ją odrętwienie, podczas gdy łzy obficie spływały po policzkach. Wciąż wpatrywała się w zielone oczy, te, których już nigdy nie zobaczy. Chciała zapamiętać go takim. W końcu zginął od zaklęcia uśmiercającego, a nie czegoś bardziej brutalnego i bolesnego. Nie wyglądał na zaskoczonego. Wyglądał na zdeterminowanego. Świadomego. Pogodzonego z losem.
— Kocham cię, Harry — wyszeptała. Miała nadzieję, że ją słyszy. Naprawdę pragnęła, by wybaczył jej, że ukrywała przed nim tę prawdę. — Po prostu nie chciałam, żeby prawda przygniotła cię tak jak mnie.
Pociągnęła głośno nosem i mrugnęła, dopiero teraz zauważając, że tłum wokół niej znów zaczyna się poruszać.
— Neville! — rozdarł powietrze wrzask Ginny. Hermiona odwróciła się gwałtownie, widząc Nevilla Longbottoma pędzącego w stronę Voldemorta z obnażonymi zębami tylko po to, by sekundę później runąć trafiony zielonym promieniem.
— NIE! — krzyknęła Hermiona, znów walcząc o oddech.
Harry miał umrzeć, ale nie Neville. Nigdy Neville. Był jej pierwszym przyjacielem w świecie czarodziejów. Zawsze obecny, cichy, dobry. Przez lata podkochujący się w niej niewinną, nieśmiałą miłością. Ona o tym wiedziała i on wiedział, że ona wie, ale nigdy o tym nie rozmawiali. Zebrał się na odwagę, by zaprosić ją na Bal Bożonarodzeniowy dopiero po tym, jak zrobił to Viktor Krum, a poza tym nigdy nie wspomniał o swoich uczuciach, świadomy, że to jednostronne. Neville był dżentelmenem, nigdy nie chciał, by dziewczyna poczuła się choć trochę skrępowana.
Chryste, dlaczego go nie pocałowała? Dlaczego nie mogła dać mu tego, chociaż raz, zanim odszedł?
A potem przypomniała sobie chłopca, którego jednak pocałowała, zaledwie kilka godzin temu i pobladła.
— Ron — wyszeptała, po czym wrzasnęła: — RON!
Ale bitwa znów wybuchła na pełną skalę, a ona straciła go z oczu w tłumie. Po śmierci Harry'ego Pottera i większości Zakonu ci, którzy pozostali, zaczęli się rozpraszać, podczas gdy Śmierciożercy zacieśniali szyk.
— Drętwota! Drętwota! Drętwota!
Hermiona ledwo potrafiła zebrać myśli. Obracała się i unikała zaklęć, sama miotając je na oślep. Wiedziała, że jest wybitną czarownicą, ale umiejętności fizyczne nigdy nie były jej mocną stroną. Nie była tak zwinna i skoordynowana jak niektórzy, a działając bez planu, opierała się wyłącznie na instynkcie.
A jej instynkty potrafiły być zarówno znakomite, jak i fatalne. Potrafiła aportować ich z domu Ksenoliliusa Lovegooda w trakcie spadania, ale miała też skłonność do paniki na widok krwi. A teraz krew była wszędzie.
Oddech i urok. Oddech i urok.
Powaliła jednego Śmierciożercę zaklęciem petryfikującym, drugiego znokautowała zaklęciem unieruchamiającym nogi.
Powinnam rzucać zaklęcia, które zabijają.
Wiedziała o tym. Wiedziała, ale na samą myśl robiło jej się niedobrze. Nie była zła i lepiej niż ktokolwiek zdawała sobie sprawę, co morderstwo robi z duszą.
Powietrze przeciął błysk zaklęcia, a w jej polu widzenia mignęły rude włosy. To nie był Ron, lecz Ginny. Ginny i Luna pojedynkowały się z dwoma czarodziejami, których Hermiona nie zdołała od razu rozpoznać w ciemnościach, bo stali do niej tyłem. Obie dziewczyny wyglądały na skrajnie wyczerpane, jakby miały się w każdej chwili przewrócić.
— GINNY! — wrzasnęła Hermiona, próbując przebić się do nich. Nie wiedziała, gdzie jest Ron, ale właśnie odnalazła dwie dziewczyny, które były jej prawdziwymi przyjaciółkami. Może uda jej się do nich dotrzeć. Może je ocali. Jej chłopcy mogli być straceni... ale jej dziewczyny...
Hermiona zaniosła się szlochem, gdy czerwone zaklęcie trafiło najpierw Lunę, a ta osunęła się na ziemię, podczas gdy twarz Ginny wykrzywiła się w wyrazie czystej wściekłości.
— Avada Kedavra, skurwysyny! — wrzasnęła Ginny, a ku absolutnemu przerażeniu Hermiony z jej różdżki wystrzelił zielony promień. Czarodziej, do którego celowała, uskoczył jednak w ostatniej chwili. Zaklęcie minęło go o włos i świsnęło tuż obok Hermiony. Ta również uskoczyła, a jej spojrzenie na ułamek sekundy spotkało się z oczami Ginny, które rozszerzyły się w czystej grozie.
— WALCZ DALEJ! — krzyknęła Hermiona, ale było już za późno. Sekunda nieuwagi Ginny sprawiła, że trafiło ją czerwone zaklęcie, a krzyk Hermiony natychmiast zdradził jej pozycję.
Dwaj czarodzieje odwrócili się i zaczęli miotać zaklęciami w jej stronę.
— Cholera — sapnęła, odruchowo odpowiadając serią zaklęć. Mężczyźni byli zakapturzeni i zamaskowani, nie miała pojęcia, kim są, ale zbliżając się, zauważyła, że gabarytami przypominają Harry'ego i Rona. Była tak skupiona na pojedynku z dwoma naraz, że nie dostrzegła osoby podchodzącej do niej od tyłu.
— Drętwota — rozbrzmiał arogancki, arystokratyczny głos.
Hermiona powinna była zrobić unik, ale głos, który usłyszała po tym, jak widziała go kaszlącego dymem w Pokoju Życzeń, tak ją zaskoczył, że obróciła się, by na niego spojrzeć. W ułamku sekundy ogarnęła wzrokiem zamaskowanego Śmierciożercę. Jednak nawet w świetle księżyca poznała błysk srebrnych oczu, to był Draco Malfoy. Nie miała pojęcia, skąd wzięła się maska, bo gdy widziała go ostatnim razem, nie miał jej na sobie, a nie wyglądał inaczej niż reszta uczniów wciągniętych w bitwę. Może zerwał ją z jakiegoś martwego lub konającego Śmierciożercy. Może należała do jego pana albo rodziców, a on wreszcie zdołał ją odzyskać. A może nosił ją przy sobie przez cały ten czas, skurczoną w kieszeni, by móc grać na dwa fronty, zależnie od tego, jak wiatr zawieje. Bez względu na to, jak ją zdobył, Hermiona wiedziała jedno: patrzyła teraz na Śmierciożercę, a nie na chłopca. Maska przywróciła mu pewność siebie, a jej serce ścisnęło się z przerażenia, gdy zobaczyła, jak wbija w nią wzrok.
Nie wiedziała dokładnie, po czym rozpoznała, że to Draco, a nie Lucjusz. Może po postawie. Może po tym znajomym błysku złości w oczach, gdy zobaczył ją przed sobą. A może po różdżce, którą trzymał w dłoni. Od razu ją poznała. To różdżka Harry'ego.
Nie. To nie była różdżka Harry'ego. To była różdżka Draco
Przypomniała sobie: to ta sama różdżka, którą Harry zabrał mu w rezydencji Malfoyów. Teraz Draco najwyraźniej odzyskał ją z ciała jej martwego przyjaciela.
Srebrne oczy zwęziły się, dzikie, pełne skupienia, gdy czerwone zaklęcie pomknęło w jej stronę.
Pieprzona fretka pomyślała, zanim strumień światła uderzył ją prosto w pierś i wszystko pogrążyło się w ciemności.
~*~
— Hermiona! Hermiona! Hermiona!
Hermiona jęknęła, gdy przeszywający ją lękliwy kobiecy głos przebił się przez mgłę świadomości. Dopiero po chwili zorientowała się, że ktoś nią potrząsa.
— Co...? — wyjąkała mało elegancko, mrugając w stronę kamiennych ścian otaczających ją ze wszystkich stron. Bolało ją absolutnie wszystko. Poruszyła głową i syknęła z bólu. Miała wrażenie, że pęka jej czaszka. Żołądek wykonał nieprzyjemny obrót, gdy kolejna fala bólu przeszyła jej skronie, lecz zmusiła się, by odsunąć mdłości i znaleźć źródło głosu.
Wreszcie jej wzrok się wyostrzył i zobaczyła zatroskane, niebieskie oczy Luny. Jej jasne włosy były splątane, a na twarzy widać było rozcięcie na wardze i ciemniejący siniak na policzku. Skóra Luny pobrudzona była ziemią i krwią. Hermiona była pewna, że sama nie wygląda lepiej.
— Luna? — wyszeptała słabo.
Oczy blondynki rozświetliła ulga, a jej uścisk okazał się zaskakująco silny, gdy pomagała Hermionie usiąść. Zamknęła oczy, kiedy obraz przed nimi zawirował. Jej głowa pulsowała tak mocno, że trudno było myśleć. Mogła sobie wyobrazić, że zasłużyła na migrenę po ostatniej walce, ale to... to było wręcz nieludzkie.
Wtem jej oczy rozszerzyły się, gdy wspomnienie bitwy wróciło z całą ostrością.
— O Boże, Harry... — wyszeptała i łzy natychmiast napłynęły jej do oczu.
Luna objęła ją mocno, opierając głowę na jej ramieniu, podczas gdy Hermiona rozpłakała się na dobre. Po chwili poczuła czyjeś ramiona także z drugiej strony. Rdzawy kosmyk włosów i delikatny, kwiatowy zapach szamponu pozwoliły jej rozpoznać Ginny.
— Ginny... — wydusiła przez łzy. — Jesteś cała.
— Tak — odparła, pociągając nosem. — Trochę poobijana, ale żyję.
Trwały tak we trzy, skulone, przez dłuższą chwilę, aż łzy Hermiony w końcu wyschły, a pulsujący ból w głowie ustąpił na tyle, by przejść w tępy, równy puls.
— Gdzie jesteśmy? — wyszeptała.
— W Hogwarcie, tak sądzę — powiedziała Ginny. — W lochach.
Hermiona powoli rozejrzała się wokół i zrozumiała, że Ginny ma rację. Lochy Hogwartu były rozległe, sieć pomieszczeń o różnej wielkości, połączonych niskimi korytarzami, oświetlonych pochodniami. Większość uczniów nie zapuszczała się daleko poza klasę eliksirów, ale Hermiona znała te rejony dość dobrze. Przez dwa lata pełniła obowiązki prefekta i odbywała tu patrole. To pomieszczenie było dość małe, a wejście blokowały masywne drewniane drzwi na żelaznych zawiasach. Gdzie ściana stykała się z sufitem, widać było trzy wąskie smugi światła. Hermiona wiedziała, że to nic innego jak szczeliny wentylacyjne u samej podstawy fundamentów szkoły, nie większe niż kilka cegieł. Nie miała najmniejszych szans, by się przez nie przecisnąć; nie była przecież animagiem jak Peter Pettigrew czy Rita Skeeter. Jednak wpadający przez nie blask mówił jedno: zaczęło świtać.
Podniosła rękę i odsunęła rękaw, mrużąc oczy, by odczytać godzinę na swoim zegarku w słabym świetle. Był tani, ale niezawodny i Hermiona odetchnęła z ulgą, widząc, że wciąż działa.
— Jest prawie południe... — mruknęła. — Boże, ile my byłyśmy nieprzytomne?
— Dziesięć, może dwanaście godzin — oceniła Ginny. — Upadłam zaraz po Lunie.
— A ja chwilę po tobie — dodała Hermiona. — Jednym z nich był Draco Malfoy.
— Nadęty palant — warknęła Ginny, a Hermiona nie zdołała powstrzymać krótkiego, kruchego śmiechu, który wydostał się z jej gardła. Brzmiał dziwnie, nie pasował do sytuacji, ale była skrajnie wyczerpana i tak głodna, że aż kręciło jej się w głowie. Była na granicy majaków sennych.
— Zakładam, że nie mamy różdżek? — zapytała, zamykając oczy i opierając głowę o zimną ścianę.
— Nie — potwierdziła Luna. — Żadna z nas jej nie ma.
Hermiona zmusiła się, by ostrożnie obmacać kieszenie i ubranie. To, czego się obawiała, szybko się potwierdziło. Jej zaczarowana torebka również zniknęła.
— Świetnie — mruknęła. — Czyli utknęłyśmy tu, dopóki ktoś nie zdecyduje się nas wypuścić.
Ginny skrzywiła się, a potem zmarszczyła brwi.
— A magia bezróżdżkowa? Wiem, że ty trochę potrafisz, Hermiono.
Westchnęła. Owszem, miała pewne umiejętności, ale były one dalekie od doskonałości. Mimo to wiedziała, że musi spróbować. Zamknęła oczy i próbowała skupić się na swojej magii, ale ta zdawała się znajdować gdzieś poza jej zasięgiem.
— Nie — wymamrotała w końcu. — To wymaga za dużo energii, a ja po prostu... — urwała, znów przymykając powieki.
Zmęczenie. Czyste, wszechogarniające wycieńczenie.
Tak, była nieprzytomna przez wiele godzin, ale to nie był sen, który przynosi ukojenie. Nie jadła, nie piła, a jej emocje były bałaganem, którego nie była w stanie nawet zacząć porządkować.
Hermiona wiedziała, że magia bezróżdżkowa w jej obecnym stanie nie wchodzi w grę. Jeszcze nie teraz.
— Więc co teraz? — zapytała Ginny z frustracją. — Mamy tu tkwić, dopóki ktoś sobie o nas nie przypomni? Albo zacznie nas szukać? A jeśli ci, którzy nas tu wrzucili, zginęli? Zabrali nas w samym środku bitwy!
Hermiona poczuła nagłe ukłucie prawdziwego strachu, choć starała się nie okazać tego na twarzy. Nie bała się śmierci tak, jak pewnie powinna. Zmagała się z tą myślą od chwili, gdy stało się jasne, że odegra kluczową rolę w wojnie i w dużej mierze zdążyła się z tym pogodzić. Ale nigdy nie wyobrażała sobie, że umrze w taki sposób: powoli, z głodu i odwodnienia.
Przełknęła ślinę i zmusiła umysł do pracy.
— Musimy pomyśleć — wymamrotała. — Od kiedy się obudziłam, nie słyszałam nic poza naszymi głosami. Wy coś słyszałyście?
Obie dziewczyny pokręciły głowami.
— A bitwa już na pewno się skończyła, bo przecież byśmy ją słyszały...
Wskazała na szczeliny wentylacyjne przy suficie.
— Pewnie jesteśmy po wschodniej stronie zamku — dodała Ginny. — Niedaleko miejsca, gdzie walczyliśmy ostatniej nocy.
— Powinnyśmy spróbować otworzyć drzwi — powiedziała Luna, a Hermiona aż otworzyła szerzej oczy.
— Nie próbowałaś otworzyć drzwi?
— Oczywiście, że nie. Założyłam, że jesteśmy więźniarkami.
— Na Merlina... No to zacznijmy od tego! — zarządziła Ginny.
Luna poderwała się na nogi, a Hermiona i Ginny obserwowały z napięciem, jak ta podchodzi do drzwi i szarpie za klamkę. Oczywiście nic się nie wydarzyło, a Hermiona poczuła, jak zapada jej się serce. To było głupie, naprawdę głupie, dać sobie choć przez sekundę nadzieję, że po prostu wyjdą. Rozczarowanie uderzyło w nią z całą mocą.
— No dobrze — westchnęła głęboko. — Jesteśmy więźniarkami.
— Ale nie wiemy, kto wygrał — powiedziała Ginny cicho.
— Myślę, że odpowiedź jest tylko jedna — odparła Hermiona równie miękko, a po jej policzku spłynęły dwie łzy.
— Po prostu... to niemożliwe, Hermiono. Wiesz, że to niemożliwe. Co zrobimy, jeśli...
Głos Ginny stawał się coraz wyższy, coraz bardziej histeryczny. Hermiona natychmiast objęła ją ramionami i przyciągnęła do siebie.
— Przetrwamy, Ginny. Zrobimy wszystko, co trzeba, żeby przetrwać. I...
— I? — wydusiła Ginny.
— I jeśli któraś z nas zobaczy Nagini, musi ją zabić. To kluczowy krok.
Ginny i Luna wpatrywały się teraz w Hermionę z pełną uwagą.
— To tym zajmowaliście się przez cały ostatni rok? Polowaniem na Nagini? — zapytała Ginny.
Hermiona zacisnęła usta. Wiedziała doskonale, jak Harry podchodził do zachowania tajemnicy o horkruksach, ale Harry nie żył. Ron też mógł nie żyć. Ginny i Luna nie musiały znać szczegółów, ale Hermiona również nie mogła liczyć na to, że sama przeżyje wystarczająco długo, by dokończyć zadanie.
— Między innymi — odpowiedziała. — Najważniejszy fakt jest taki, że Sami-Wiecie-Kto nie może zginąć, dopóki żyje wąż. To wszystko, co musicie wiedzieć. Najpierw ona, potem on.
Obie dziewczyny spojrzały na nią poważnie i zgodnie skinęły głowami.
— Jeśli nadarzy się okazja, wykorzystamy ją — powiedziała spokojnie Luna. — Są gorsze rzeczy niż śmierć. Dziękujemy, że nam zaufałaś.
Hermiona skinęła głową i przełknęła ślinę.
— To nie będzie łatwe. Nie można jej po prostu... zadźgać czy coś w tym rodzaju. Traktujcie ją jak magicznie wzmocnione stworzenie. Jest dodatkowo chroniona. Można ją zabić jadem bazyliszka, ale do tego potrzeba kła albo prawdziwego Miecza Gryffindora, a nic takiego już nie mamy. Najprościej byłoby użyć różdżki i Avady Kedavry, ale oczywiście...
— Nie mamy różdżek — dokończyła gorzko Ginny.
Hermiona znów skinęła głową.
— Tak. Choć różdżki zdobyć jest dużo łatwiej niż jad bazyliszka. Szansa jest znikoma, ale jeśli nadarzy się okazja...
— To wiemy, co trzeba zrobić — podsumowała spokojnie Luna.
Zapadła cisza. Hermiona właśnie zaczynała odpływać w półsen, gdy nagły hałas przy drzwiach poderwał ją na równe nogi. Zachwiała się i podparła dłonią o ścianę, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły, a do środka wkroczyło trzech zamaskowanych Śmierciożerców.
Nie odezwali się ani słowem. Każdy z nich podszedł do jednej z dziewcząt, uniósł różdżkę i bezgłośnie spętał im ręce oraz założył kneble. Hermiona próbowała się szarpać, ale była tak słaba z głodu, a liny zaciskały się boleśnie. Przez krótką chwilę uderzyło ją wspomnienie Malfoy Manor, tam również miała związane ręce, choć wtedy nie była aż tak wycieńczona. Śmierciożerca, który się nią zajmował, chwycił ją brutalnie i pchnął do przodu, trzymając jej głowę nisko i pilnując, by nie mogła sięgnąć jego różdżki. Za plecami słyszała, jak Ginny i Luna też walczą, ale ich wysiłki były równie bezskuteczne, jak jej.
Prowadzono je przez lochy i dopiero teraz Hermiona usłyszała jęki oraz płacz innych więźniów w sąsiednich celach. Serce przyspieszyło jej tak, że aż zabolało. Przechodziły dobrze znaną trasą obok pustych lochów, minęły salę eliksirów, potem dalej, za dormitorium Slytherinu, aż w końcu poprowadzono je schodami w górę, w kierunku Wielkiej Sali.
Hermiona wiedziała, dokąd idzie. Była tego absolutnie pewna. I to było złe, bardzo złe. Zacisnęła powieki, modląc się o jakikolwiek cud. Błagając, by ktoś wyrwał ją z tego koszmaru.
Zwolnili przy drzwiach, a Hermiona zamarła, widząc kilkadziesiąt młodych osób stojących przed wejściem, wielu było bez masek. Rozpoznała większość Ślizgonów ze swojego rocznika, kilku ze starszych lat, a nawet paru Krukonów i Puchonów. I...
Czy to był Cormac McLaggen?
Niesmak podszedł jej do gardła, gdy odwrócił się i posłał jej szyderczy uśmieszek.
Jej oprawca zatrzymał się, po czym zawołał:
— Ustawić się w szeregu! Za nami!
Draco Malfoy. Cholerny Draco Malfoy trzymał ją właśnie za ramię. Poznałaby tę arogancką manierę wszędzie. I choć jakaś część jej wnętrza drżała ze strachu, to w rzeczywistości...
Była wściekła.
Gniew Hermiony eksplodował i zaczęła szamotać się jak dzikie zwierzę, wiła się, skręcała, kopała na oślep. Celowała kolanami w jego krocze i w klatkę piersiową, dokładnie tak, jak Tonks kiedyś doradziła jej w sytuacji zagrożenia. Usłyszała jego gwałtowny wdech, gdy kolano trafiło w ciało. Przez krótką chwilę odczuła satysfakcję, że chociaż raz trafiła. Ale on także zaczął się poruszać, był silniejszy i szybko ją obezwładnił. Gdziekolwiek go trafiła, nie wyrządziła mu takiej krzywdy, na jaką liczyła.
— Kurwa... — warknął przez zęby.
Po chwili kilku innych uczniów dopadło ją i przycisnęło do ziemi, unieruchamiając. Nad nią stanął Malfoy. Usłyszała inkantację zaklęcia, którego nie znała, a chłód spłynął po jej ciele, jakby zanurzano ją w lodowatej wodzie. Natychmiast odebrało jej to wolę walki i opadła bezsilnie.
— Wstawaj — syknął, szarpiąc ją w górę.
Hermiona milczała, jej głowa bezwładnie opadła na bok. Jak niby miała wstać? Nie miała już ani powodu, ani celu. Czuła się jak marionetka, której przecięto sznurki, rozluźniona magią, wyprana z emocji, zupełnie odrętwiała. Wyczerpała resztki energii w bezskutecznej próbie skrzywdzenia Malfoya. Nawet nie próbowała uciekać. Chciała, by cierpiał.
— Powiedziałem: wstań — warknął, podciągając ją na nogi i pochylając się, by zarzucić ją sobie na ramię jak worek kartofli. Hermiona otworzyła jedno zamglone oko i spojrzała w dół, widząc poruszające się pod nią dumnie wyprostowane dupsko Malfoya. W kącie pola widzenia błysnęły jej rude włosy Ginny.
Usłyszała, jak otwierają się drzwi Wielkiej Sali, a Malfoy rusza w stronę przodu pomieszczenia. Powoli wracała do przytomności, ale wciąż była odurzona, gdy zauważyła czarne peleryny i maski, otaczało ją wielu Śmierciożerców, lecz nie potrafiła policzyć ilu. Rozproszył ją głos Malfoya, donośnie odbijający się echem od ścian.
— Mój Panie, przyprowadziłem oddanych ci zwolenników oraz jeńców. Od roku werbuję młodych czarodziejów i czarownice oddanych sprawie i wszyscy są gotowi przyjąć Mroczny Znak, by stanąć za tobą.
Wciąż przewieszona przez jego ramię poczuła, jak Malfoy robi krok w bok. Potem usłyszała szuranie, gdy zgromadzona młodzież podchodziła bliżej, przedstawiając się jedno po drugim. Hermiona doliczyła się ich dwudziestu czterech.
— Dobrze się spisałeś, Draco — odezwał się wysoki, zimny głos Voldemorta. — A teraz pokaż mi swoich jeńców.
Poczuła, jak Malfoy zsuwa ją z ramienia. Kiedy jej twarz minęła jego, wyszeptał:
— Krzycz, kiedy ci powiem.
I bez dalszych ceremonii rzucił ją na podłogę u samego podnóża tronu Voldemorta. Wyczuła obok siebie, jak popychane są Ginny i Luna.
— Szlama Granger, mój Panie — oznajmił Malfoy. — Przyprowadziłem również siostrę Ronalda Weasleya oraz tę małą Lovegood, która uciekła z Potterem z Dworu dwa miesiące temu. W lochach mam jeszcze pół tuzina kolejnych więźniów, gotowych do przekazania po tych trzech.
Zapadła cisza, gdy Voldemort przyglądał się swoim jeńcom. Hermiona czuła, jak wreszcie ustępuje działanie dziwnego zaklęcia. Musiała to być potężna wersja zaklęcia uspokajającego. Walczyła z oddechem, próbując opanować narastający strach. Jednocześnie w jej myślach zaczynało kiełkować coś niepokojącego.
Siostra Ronalda Weasleya?
Czy Malfoy nie wiedział, że Ginny była znana przede wszystkim jako dziewczyna Harry'ego? Romans trwał krótko, pod koniec szóstej klasy, ale mówiła o tym cała szkoła. Choć z drugiej strony mógł założyć, że ten związek dawno się rozpadł, minął przecież prawie rok.
— Spisałeś się nadzwyczaj dobrze, Draco — powiedział Voldemort. — I powiedz mi, czy odkryłeś jakieś tajemnice?
— Przeszukałem szlamę dokładnie, mój Panie — odparł. — Wszystko było tak, jak przewidziałeś, ale nie stanowi już zagrożenia. Była najsłabsza z nich wszystkich. Jak wiesz, Potter i Weasley już nie żyją.
Hermiona zesztywniała. Serce ścisnęło jej się z bólu po Ronie, a łzy same spłynęły po policzkach, gdy stłumiła szloch. Biedny Ron... on też nie żył. A teraz to ona została ostatnią z ich trójki, ostatnią z małej paczki najlepszych przyjaciół. A co właściwie miał na myśli, mówiąc, że „przeszukał ją dokładnie”? Kiedy? Nie widziała go od bitwy. Była nieprzytomna i...
Jej głowa. Obudziła się z najgorszą migreną w życiu. Czy on... był w jej umyśle, kiedy była tego nieświadoma? Czy coś takiego w ogóle było możliwe?
Hermiona spróbowała powstrzymać szloch, czując się jednocześnie rozpaczliwie bezradna i okropnie naruszona. Voldemort wiedział o horkruksach, z tym pogodziła się już podczas samej bitwy. Ale czy zdawał sobie sprawę, jak blisko byli ukończenia misji?
Teraz musiał już wiedzieć.
Zamknęła oczy, starając się nie rozpłakać.
— Bardzo dobrze — powiedział Voldemort. — Obiecałem ci nagrodę, jeśli zdołasz zebrać zwolenników i pojmać szlamę. Dokonałeś tego, a Lord Voldemort dotrzymuje obietnic. Powiedz więc Draco, czego pragniesz?
— Chcę wykonać na szlamie egzekucję w twoim imieniu, na oczach całego czarodziejskiego świata. Zróbmy z tego przedstawienie, mój Panie. Pozwól mi odesłać ją za zasłonę, by dołączyła do Pottera i Weasleya, tak by nikt więcej nie ośmielił się podważyć twojej władzy. Potem chcę wziąć dla siebie dziewczynę Weasleyów. Jest zdradliwą zdrajczynią, ale jest czystej krwi i należy do Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki. Jestem pewien, że potrafię ją złamać, mój Panie. Nauczę ją, jakie jest jej miejsce w naszym nowym świecie. A na koniec, jeśli byłbyś łaskaw, rozważ przyznanie Teodorowi Nottowi i Blaise'owi Zabiniemu po jednym więźniu. Są lojalni i odegrali kluczową rolę w pojmaniu szlamy oraz w rekrutacji.
Draco pochylił się w głębokim ukłonie, a Hermionę zemdliło. Chciała zwymiotować.
Publiczna egzekucja. Miała zostać zamordowana w jakimś makabrycznym widowisku, na oczach całej magicznej Wielkiej Brytanii. Nie wystarczyło, że ją zabiją, musiało to się stać przy setkach, może tysiącach widzów.
Żołądek Hermiony ścisnął się boleśnie na myśl o Ginny. Malfoy chciał wziąć ją jako swoją... własność. Po co? Do seksu? Do ukazania swojej dominacji? Na pewno nie miał zamiaru się z nią żenić, mówienie o czystości krwi nie ma tu nic do rzeczy. Bez względu na motywacje, to był istny koszmar.
W końcu Voldemort przemówił.
— Bardzo dobrze. Nie zaprzeczę, że wasza trójka pojmała naszą najwyższą zdobycz. Wynagrodzę cię zgodnie z życzeniem, Draco. Moi inni lojalni słudzy również będą mogli wybierać spośród jeńców, tak będzie sprawiedliwie, lecz ty możesz zatrzymać dziewczynę Weasleyów. Nott i Zabini także otrzymają pierwszeństwo wyboru, jak przystoi ich pozycji. Egzekucję szlamy przeprowadzimy, jak tylko wszystko zostanie przygotowane, a potem zajmiemy się resztą więźniów.
— Mój Panie, czy mogę zasugerować piąty czerwca jako datę egzekucji? — zapytał Draco.
Hermiona poczuła, że ogarnia ją prawdziwa panika. Zmuszała się do równych oddechów. Piąty czerwca, to już niecały miesiąc.
— Nie sprzeciwiam się temu, ale powiesz mi dlaczego — odparł Voldemort.
— Oczywiście, mój Panie. Proponuję tę datę, ponieważ daje nam to kilka tygodni na przygotowania. Możemy wykonać egzekucję na szlamie, rozdzielić więźniów, a następnie świętować przez cały weekend. A poza tym... tak się składa, że to również dzień moich urodzin. Trudno o wspanialszy prezent.
Hermiona niemal słyszała uśmiech, który zniekształcał jego głos przy ostatnich słowach. Przez chwilę w sali panowała cisza tak gęsta, jakby wszyscy wstrzymali oddech, zaskoczeni jego śmiałością. Ku zdumieniu Hermiony Voldemort po chwili wybuchł wysokim, nieprzyjemnym śmiechem.
— Doskonale, Draco, doprawdy doskonale. Tak, oczywiście, w tym roku musimy uczcić twoje urodziny w wyjątkowy sposób. Zatem bardzo dobrze, wydarzenia odbędą się piątego czerwca. Będzie to święto narodowe, upamiętniające moje zwycięstwo. A teraz, zanim cię zwolnię... przywitajmy szlamę jako naszą więźniarkę.
— Oczywiście, mój Panie... — odparł Draco, prostując się i zdejmując maskę.
Odwrócił się i spojrzał na Hermionę. Ona odwzajemniła spojrzenie bez emocji. Jego twarz była jak wyrzeźbiona z zimnego kamienia, a bijące od niego chłód sprawił, że niemal zadrżała. Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, po czym wycelował w nią różdżkę.
— Krzycz dla mnie, szlamo — powiedział, a jego twarz wykrzywiła się, gdy krzyknął: — Crucio!
Zaklęcie Malfoya ugodziło ją prosto w pierś, a Hermiona zaczęła krzyczeć.
